piątek, 15 czerwca 2012

Eat me Drink me



Trouble Every Day (2001)
dir. Claire Denis


Pracujący dla jednej z dużych korporacji farmakologicznych amerykański naukowiec (Vincent Gallo) przybywa wraz ze świeżo poślubioną małżonką do Paryża. Po przybyciu do hotelu okazuje się, że od dzielenia radości z wybranką bardziej zajmują go poszukiwania niejakiego doktora Semenau (Alex Descas), z którym niegdyś współpracował w Gujanie, a który w dość tajemniczych okolicznościach usunął się z życia publicznego...

Kiedy pierwszy raz zetknąłem się z obrazem Claire Denis, przeżyłem spory zawód. Tematyka zapowiadała buchający erotyzmem horror w stylu wczesnych dzieł Cronenberga, tymczasem film okazał się być stonowanym, utrzymanym w niemal poetyckim tonie kawałkiem kina psychologicznego. Dreszczowiec - pod pewnymi względami, owszem, horror - już na pewno nie. Coś jednak ciągnęło mnie, aby skonfrontować się z tą pozycją jeszcze raz, tym bardziej, że warunki przy okazji pierwszego seansu nie były zbyt sprzyjające. Spotkanie nr. 2 nastąpiło dopiero po pięciu latach ociągania się, ale było warto. Przede wszystkim, oglądając "Głód miłości" w środku nocy i w samotności, bardziej skłonny byłem docenić jego wdzięki, zatopić się w jego niespiesznym rytmie, nie oczekując już żadnych fajerwerków. Tym samym przyznaję się do błędu, smakując jakże cudowne, ale i zdradliwe podniety idące wraz z obsesją ciała.


U Denis oszczędne jest praktycznie wszystko: nad wyraz skąpe dialogi, fabuła na tyle uboga, że wręcz trudno ją streścić (zwłaszcza, gdy nie chce się zdradzić jej podstawowego założenia, które - i tu znów przestroga - bynajmniej nie zostało pomyślane jako element zaskakujący), stonowana gra aktorska, senna, melancholijna ścieżka dźwiękowa grupy Tindersticks (ze szczególnym uwzględnieniem pięknej piosenki tytułowej). To kino atmosfery, spokojne i ulotne, choć co jakiś czas ten konstans przerywany jest gwałtownymi wstrząsami. Jedyne, na czym reżyserka nie "szczędzi" to strona plastyczna - zdjęcia bywają tu przepiękne, zwłaszcza, gdy przychodzi do sfery, w której Eros styka się z Tanatosem. To spotkanie jest zresztą treścią całej historii, wartością nadrzędną, wobec której logika i standardowa narracja schodzą na dalszy plan. Nieprawdą byłoby stwierdzenie, że ich tu nie ma, jednak należy liczyć się z tym, że film pozostawia wiele niedopowiedzeń i domysłów. Poszczególne elementy układanki łatwo połączyć ze sobą w całość, ale i tak pozostaje ona lekko wybrakowana. Coś niedopuszczalnego w kinie hollywoodzkim, tutaj jest jak najbardziej na miejscu, wydaje się czymś naturalnym.

"Głód miłości" nie uderza, nie potrząsa widzem, jest zatopiony jakby kilka metrów pod powierzchnią wody, tam gdzie znacznie trudniej się porozumieć i poruszać, gdzie wszystko zdaje się lekko nierealne. Jeśli potrafisz rozsmakować się w takim otoczeniu i potraktować je jako coś naturalnego, to gorąco polecam. Odradzam zaś tym, którzy liczą na efektownego shockera z dużą ilością grzesznych atrakcji. Sam ręczę, że właśnie w ten sposób dałem się niegdyś nabrać ufając opiniom, że oto czeka mnie obraz chory i niesmaczny. Wówczas poczułem się oszukany. Tym razem nie popełniłem tego samego błędu. Zanurzyłem się wespół.







czwartek, 7 czerwca 2012

Tits, Gore, Hasselhoff... Repeat



Piranha 3DD (2012)
dir. John Gulager

Nienasycone, słodkie rybiątka o ostrych jak brzytwa ząbkach, którymi ogołocą cie do kości w ułamki sekund powracają na duży ekran. Tyle, że efekt nie jest już tak "słodki" jak uprzednio - kontynuacja horroru Alexandra Ajy sprzed dwóch lat to produkt zdecydowanie wtórny, nastawiony już li tylko na odcinanie kuponów od krwawego sukcesu w 3D. Ale po kolei...


Fabuła to w zasadzie powtórka schematu z części pierwszej: jest wodny lunapark i jego goście. Ci rekrutują się głównie spośród mało rozgarniętych, napalonych nastolatków i roznegliżowanych pań o dużych biustach. Szykuje się beztroska zabawa pod znakiem silikonu i niezobowiązującego seksu, która zostanie jednak brutalnie przerwana przez niespodziewanych (taa, jasne!) gości.

Jaki wstęp, takie rozwinięcie - dalej wszystko toczy się utartym torem. Są pierwsze ofiary, jest pani oceanolog, która stara się nie dopuścić do otwarcia parku rozrywki ze względu na zagrożenie, jest także jej chciwy ojczym, właściciel imprezowni, któremu symbol dolara przysłonił świat. Potem już tylko bryzgająca krew i sterczące sutki. Nie zrozumcie mnie źle, wszak tego typu atrakcje były największymi atutami pierwszej "Piranii". Tyle, że Aja z tych składników skomponował zabawę nieprzyzwoitą i nieprzyzwoitą, ale pełną werwy i humoru. Johnowi Gulagerowi pozostało już tylko małpowanie konceptów z filmu Francuza z okazjonalnymi wtrętami zaczerpniętymi z innych "klasyków" grindhouse'owej rozrywki.

Tak jak i w masakrze z 2010 roku, tak i tu postarano się o barwne epizody, będące ukłonami dla idoli z przeszłości. Już na wstępie mamy więc Gary'ego Buseya, którego żywot ekranowy, jak nietrudno przewidzieć, nie potrwa długo. Powraca także Christopher Lloyd w roli ekscentrycznego badacza podwodnej szarańczy, ale tym razem jego występ jest już w zasadzie bezcelowy - ot, pojawia się na kilka minut, ale jego postać nie służy już popchnięciu akcji naprzód, jest, bo tego oczekuje widownia. Bez dwóch zdań strzałem w dziesiątkę był za to pomysł na zaangażowanie w przedsięwzięcie Davida Hasselhoffa, który wcielając się w samego siebie, tj. przebrzmiałego, zadufanego w sobie gwiazdora, wykazał się sporą dozą autodystansu. Widać supermęski ratownik i wykonawca niezapomnianej przeróbki hitu "Hooked on a feelin'" zdał sobie sprawę, że jedynie posunięcie tego typu jest w stanie choćby na moment przedłużyć jego podupadłą karierę. A i kasa bez wątpienia się przyda. Gagi z jego udziałem nie zawsze są trafione, co nie zmienia faktu, że i tak jest to najciekawsza i najbarwniejsza postać tej odsłony cyklu (wygląda bowiem na to, że producenci myślą nad sequelem). Szkoda, że twórcy nie wpadli na więcej pomysłów tego rodzaju i zadowolili się odgrzewaniem sprawdzonych motywów.

"Pirania 3DD" to dzieło w sposób zamierzony złe, pozbawione dobrego smaku. Jednak, jak widać na jego przykładzie, campem i bezguściem też trzeba umieć się posługiwać. Reżyserowi trylogii "Krwawej uczty" zabrakło wyczucia i poza kilkoma bardziej "pikantnymi" scenkami, zaserwował widowni produkt przewidywalny i budzący raczej letnie odczucia. Tym razem nie miałem poczucia, że ktoś tu przekracza granicę, przegina przysłowiową "pałę". Grzeczne, pławiące się w konformistycznym dobrobycie piranie? Tego jeszcze nie było. Ale też raczej nikt na coś takiego nie czekał.


All U Can Eat



Piranha 3D (2010)
dir. Alexandre Aja


Wszystko zaczęło się od "Szczęk" Spielberga, to oczywiste. Jeden z najsławetniejszych dreszczowców w dziejach kina, otworzył odrzwia dla całej masy naśladownictw, co zaowocowało największym wysypem tzw. "monster movies" w dziejach. Pośród tej fali przewijały się dzieła różnej jakości, z reguły raczej pośledniej. Gdzieś po drodze napatoczył się również stawiający swe pierwsze kroki w reżyserii Joe Dante, późniejszy twórca "Gremlinów", ze swą "Piranią". Film wręcz wzorcowy dla gatunku, bo nakręcony za niewielkie pieniądze, dość kiczowaty, a zarazem zrealizowany z werwą i dostarczający spragnionemu krwawej rozrywki widzowi jej odpowiednią porcję. Później jeszcze był pełnometrażowy debiut Jamesa Camerona pod wszystko mówiącym tytułem "Pirania II: Latający mordercy", o którym sam twórca wolałby w ogóle zapomnieć (co nie dziwi), a który jednak, gdy zastanowić się głębiej, doskonale pokazuje skłonność do tandety całego nurtu i poziom, na jakim stoi fabularnie kino pana od "Avatara". Ale nie o tym.


Jest rok 2010. Kino 3D przeżywa swój kolejny renesans, jeszcze większy niż nieco ponad dwie dekady wstecz. Dobrze, że twórcy coraz częściej prezentują w tej technologii nie wysokobudżetowe widowiska, a właśnie unurzane w tandecie kino klasy B. O tym, że filmy tego rodzaju cieszą się dużą popularnością, wie doskonale Francuz Alexandre Aja, który pozwolił już poznać się jako uzdolniony twórca kina grozy przy okazji nakręconego jeszcze w ojczyźnie "Bladego strachu" oraz remake'u "Wzgórza mają oczy". Widać, że Aja zna się na amerykańskich horrorach młodzieżowych i wiedzę o nich wykorzystuje perfekcyjnie, co pozwoliło mu powrócić do formy po średnio udanych "Lustrach".


Akcja podrasowanej "Piranii" na miarę nowego tysiąclecia rozgrywa się nad Jeziorem Wiktorii, gdzie co roku w czasie ferii wiosennych zbierają się hordy spragnionej zabawy młodzieży. Traf chce, że w tym sezonie jezioro staje się miejscem żerowania tysięcy prehistorycznych piranii, które wskutek tąpnięcia zostały wypuszczone z podwodnej jaskini. Beztroskie szaleństwo upływające pod znakiem alkoholu i roznegliżowanych panienek szybko przemienia się w krwawą jatkę...

To krótkie streszczenie fabuły brzmi może dosyć głupio, ale nie ma co się oszukiwać: takie też ma być. "Pirania 3D" jest bowiem zabawą bezwstydnie infantylną i prymitywną, a przy tym bynajmniej się tego niewstydzącą. Recepta na całe przedsięwzięcie była bardzo prosta: mnóstwo golizny i masa gore. Właśnie to otrzymujemy, i w zasadzie nic ponadto. Nie ma tu żadnego parcia, aby przekazywać wzniosłe idee, żadnego ekologicznego bełkotu i pretensji do sztuki, które tak uwierały w przypadku wspomnianego na wstępie cameronowskiego kosztownego bubla. To po prostu relaks oparty na zaspokajaniu najniższych potrzeb. Czyli to, czym tak naprawdę kino 3D być powinno i do czego zostało stworzone. W żadnym wypadku tej rozkosznej celebracji silikonowych biustów wymieszanych z potokiem flaków i rozszarpywanych ciał nie należy brać na poważnie. To pastisz pełną gębą, zręcznie wygrywający wszelkie możliwe gatunkowe klisze i bawiący się nimi zarazem.

Odwołania do klasyki objawiają się tu już choćby w drobnych epizodach, które reżyser powierzył takim mile zapisanym w pamięci twarzom, jak Richard Dreyfuss czy Christopher Lloyd. Gdzieś na dalszym planie, dopingując uczestniczki zawodów mokrego podkoszulka, miga również Eli Roth, kumpel Tarantino i twórca obu części "Hostelu". Brać horrorowa trzyma się więc razem, wspiera i poklepuje po plecach.

"Pirania 3D" oferuje satysfakcjonującą dawkę grzesznych przyjemności, co u niejednego z pewnością wywoła oburzenie. Nie zabraknie takich, co ubolewać będą przy tej okazji nad upadkiem kultury, ale prawda jest taka, że nikt nikogo do oglądania nie zmusza. Jednych kręci kolejna wariacja na temat romansu Pocahontas z kapitanem Smithem i niebieskie ludki z zielonej planety, innych wielkie kły mięsożernych ryb, które po raz pierwszy zasmakowały ludzkiego mięsa. Ja tam kibicuję rybom... 

niedziela, 3 czerwca 2012

American Night



Breathless (1983)
dir. Jim McBride


O "Do utraty tchu" słyszał każdy, kto choć trochę interesuje się kinem. Jedna z kluczowych pozycji francuskiej nowej fali, obraz, który wywindował Jean-Paula Belmondo i Jean Seberg, zgodnie uznawany za arcydzieło swoich czasów. Tak, to pamiętamy. Rzadko kto jednak pamięta dzisiaj o młodszym o dwadzieścia trzy lata amerykańskim remake'u filmu Godarda. Są ku temu, rzecz jasna, stosowne przesłanki, argumenty przemawiające za tym, aby "Do utraty tchu" made in U.S. milczeniem pomijać, zbywać machnięciem ręki. Argumenty, które wszak ja zamierzam w poniższej recenzji zbijać i zmuszać do tego, aby umilkły, bo ich sztywny racjonalizm uwiera mnie niczym tygodniowy zapas amfetaminy spuszczony beztrosko w klozecie.

Zacznijmy od tego, że obraz Jima McBride'a to pean na cześć wyższości amerykańskiej kultury nad europejską. Cokolwiek zrobicie na Starym Kontynencie, my potrafimy zrobić to lepiej - to podstawowa lekcja, jaką raczy nas wciąż od nowa amerykańska kinematografia. Niech Francuzi mają swą narodową dumę, Truffautów i innych, w Hollywood opowiemy to tak, że bagietki powpadają im do studzienek kanalizacyjnych. Jak inaczej bowiem pojmować zamach na taki klejnot, jakim jest dzieło twórcy "Weekendu"?


Międzynarodowa krytyka ambicjom autorów remake'u wprawdzie nie przyklasnęła, zgodnie uznając ich dziecko za wstydliwą porażkę. Nie pomógł nawet udział nowego ulubieńca publiczności, Richarda Gere'a, ani często i gęsto eksponowane na ekranie wdzięki Valerie Kaprisky. Gdzie nowatorskość oryginału, gdzie jego drapieżny urok i chropowata forma? Przeciwnicy filmu nie zwrócili jednak uwagi na jedno drobne ale: gdyby nie podwaliny zza wielkiej wody, nie byłoby żadnej nowej fali. Tajemnicą w końcu nie jest, że "nowofalowcy" zapatrzeni byli w swych kolegów po fachu z Ameryki niczym w bogów z Olimpu. I mieli rację. A McBride postanowił im udowodnić, że prawdziwie amerykańskie kino tworzyć może jedynie Amerykanin z prawdziwego zdarzenia (pod batutą żydowskiego producenta, żeby nie było). Dlatego też akcję przeniósł ze średnio emocjonującego Paryża do tętniącego życiem Los Angeles, a w ramach bonusu dorzucił szalonego wirtuoza fortepianu Jerry'ego Lee Lewisa oraz komiksową sagę o Silver Surferze.

Wypadkową jest obraz szalony i skrajnie niepoważny, wyluzowany w takim stopniu, o jakim reżyser o artystowskich zapędach pokroju Godarda mógłby jedynie pomarzyć. Obiektywnie rzecz biorąc trudno ów twór uznać za film dobry. Pod warunkiem oczywiście, że wierzy się w coś takiego jak obiektywizm. Ja nie wierzę. Bo jeżeli można "obiektywnie" ustalić, że pan Wajda jest "mistrzem", a skurczybyk nawet w więzieniu nie był, to ja już wolę swój zasmarkany nos. A ten mi mówi, że "Do utraty tchu" A.D. 1983 to kawał frajdy. Powody wymieniać mógłbym długo: bo odjazdowy soundtrack, bo klimat, palmy i baseny, bo Gere ma nieporównanie zgrabniejszy nos niż jego francuski ekwiwalent, itd. Grunt, że jest to seans, którego nie chce się kończyć, pragnie się, aby trwał i trwał. Hipokryta powie: i co z tego, i tak szmira! Ja powiem: tak, ale za to jaka cudowna szmira.


poniedziałek, 7 maja 2012

Off with their heads



Head (1968)
dir. Bob Rafelson


The Monkees, kalifornijska grupa poprockowa, popularność zyskała przede wszystkim za sprawą cyklicznego programu emitowanego w latach 1966-1968 w stacji NBC. Show wprawdzie zaskarbił sobie sympatię sporej części widowni, jednak sami członkowie zespołu z czasem zaczęli mieć dosyć bycia utożsamianymi z mało ambitnym serialem i zapragnęli sławy, jaka stała się udziałem takich kapel jak The Beatles (na których The Monkees jako band wyraźnie byli wzorowani). Doskonałą okazją do wyjścia ze znienawidzonej niszy mogła okazać się realizacja filmu fabularnego na temat przygód "Małpiątek". Projekt realizacji się doczekał, chyba jednak nie o tego typu reklamie chłopaki z zespołu marzyli...

Za stworzenie scenariusza do kinowej wersji telewizyjnego hitu zabrali się Jack Nicholson i debiutujący przy okazji tej produkcji na stanowisku reżysera Bob Rafelson. Wspomagając wenę przy pomocy marihuany, panowie nagrali na taśmie magnetofonowej zbiór luźnych pomysłów, które później sam Nicholson (tym razem ponoć posiłkując się LSD) połączył w skrypt. "Głowa" nie posiada linearnej akcji, ani niczego, co byłoby zbliżone do tradycyjnie pojmowanej fabuły: to ciąg skeczy, epizodów i psychodelicznych wizualizacji, które płynnie przechodzą jedna w drugą. Odtwarzający główne role Davy Jones (tak, tak, to ten, z powodu którego David Robert Jones postanowił zmienić nazwisko na Bowie), Peter Tork, Micky Dolenz i Michael Nesmith, przeżywają serię niezwykłych przygód, które tworzą całość na zasadzie swoistego strumienia świadomości. W ramach pakietu otrzymujemy więc parodię w zasadzie każdego możliwego gatunku filmowego. Musical, komedia, film akcji, western, romans, kino grozy - jeśli nie możecie wieczorem zdecydować się, na jaką konwencję mielibyście ochotę, jest całkiem prawdopodobne, że "Głowa" jest właśnie propozycją dla was.


Warto jednak zaznaczyć, że obraz Rafelsona to nie zwyczajna zabawa dla mas. Na przestrzeni lat zapomniany, wrzucony do jednego worka z resztą "niezrozumiałych" eksperymentów z lat 60-ych, ów film wymaga od odbiorcy najpierwej jednej rzeczy: gruntownego zaznajomienia ze sposobem pracy umysłu na psychodelikach. Odyseja w wykonaniu The Monkees rządzi się logiką marzenia sennego i przeciętnego widza zapewne najzwyczajniej odrzuci. Śmiem twierdzić, że niezbędne jest w tym przypadku przestawienie mózgu na inne "tory" - tylko wtedy seans okaże się odpowiednio klarowny i zacznie dostarczać prawdziwej satysfakcji. Ja byłem wniebowzięty już po upływie kilku pierwszych minut, czyli wtedy, kiedy zapewne każdy przypadkowy konsument właśnie podjąłby decyzję o zmianie repertuaru. Montażowe zabawy, które serwuje tutaj przyszły scenopisarsko-producencki duet, to nic innego jak przyczynek do formalnej gry, jaką zaproponował Oliver Stone w swych "Urodzonych mordercach". Gdy spojrzeć na to od tej strony, "Głowa" przestaje się jawić jako pretensjonalny poligon doświadczalny, a zaczyna nabierać cech dzieła wizjonerskiego. Na przemian frapuje i bawi, zachwyca i dostarcza rozrywki, bywa zarówno infantylny, jak i zaskakująco głęboki. Trzeba tylko wiedzieć, z czym to się je. Bo że to żaden "Karol, człowiek, który został papieżem" albo inne "Bogi w ogródku" to nie jest, zapewnić mogę z góry.