niedziela, 25 marca 2012

No One Here Gets Out Alive



Straw Dogs (1971)
dir. Sam Peckinpah



Sam Peckinpah uznawany jest za czołowego twórcę podgatunku określanego mianem anty-westernu, demitologizującego legendę Dzikiego Zachodu. Jego czołowe dzieła to osławiona "Dzika banda" i "Pat Garrett i Billy Kid". Poza tym jednak ten często niedoceniany, wybitny reżyser ma na swoim koncie filmy w mniejszym lub większym stopniu odbiegające od formuły westernu - do najgłośniejszych należą "Ucieczka gangstera" i opisywane tutaj, oparte na powieści Gordona Williamsa "Nędzne psy".


Cała historia rozgrywa się na angielskiej prowincji, gdzie odpoczynku od zgiełku wielkiej metropolii szuka amerykański matematyk - pacyfista David Sumner (Dustin Hoffman) wraz ze swą żoną Amy (Susan George), która wychowała się w tych okolicach. Do wyremontowania stojącego na odludziu domu wynajmują ludzi z pobliskiego miasteczka - znajomych Amy z dzieciństwa. Atmosfera pozornie jest sielankowa, ale pod spodem czai się tragedia - tubylcy pogardzają nieco flegmatycznym Davidem i traktują go jako obiekt kpin, jednocześnie pożądliwie spoglądając w stronę jego żony. Pewnego dnia, pod nieobecność naukowca, Amy zostaje brutalnie zgwałcona przez dwójkę robotników, jednak boi się o tym powiedzieć mężowi. Konfrontacja jednak mimo wszystko jest nieunikniona - kiedy David ukryje w swym domu podejrzewanego o zabójstwo, opóźnionego Henry'ego, aby uchronić go przed linczem, jego dom zostanie okrążony przez żądnych krwi miejscowych.

Swego czasu obraz Peckinpaha narobił sporo zamieszania i spotkał się z szerokim odzewem. Jak wiadomo, początek lat 70-tych to rozkwit tzw. "kina szoku", kiedy to po zniesieniu kodeksu Haysa, znacząco poszerzyły się granice tego, co w kinie dozwolone. Najsłynniejszymi przedstawicielami tego nurtu są dziś: równie głośna "Mechaniczna pomarańcza" Stanleya Kubricka czy też "Uwolnienie" Johna Boormana. Jak na tamte lata, zawarta tu dawka przemocy była niewątpliwie wstrząsająca dla ówczesnych widzów, choć twórca "Konwoju" umiejętnie dozuje elementy szoku, tak naprawdę wszystko zatrzymując na porażający finał. Współczesny widz może się zniechęcić do tego obrazu, zważywszy na fakt, iż wprowadzenie jest tutaj mocno rozbudowane, a cały film opiera się na umiejętnie kreowanym, podskórnym napięciu.





 
Długo trzeba czekać na erupcję przemocy, ale też jest to zabieg jak najbardziej uzasadniony - Peckinpah po mistrzowsku uwiarygodnia psychologiczne motywy postępowania bohaterów, wplata pozornie mało znaczące wydarzenia, ale wszystko to ma swój konkretny cel. "Nędzne psy" to dzieło, które daje porządnego "kopa", dlatego istotne jest, aby wytrwać do finału. To niezwykle pesymistyczne studium agresji i przemocy, które narastają tu od samego początku i nikt nie jest w stanie się im oprzeć. Człowiek jest zwierzęciem, zdaje się twierdzić reżyser, a takie hasła jak pacyfizm to tylko ładnie brzmiące, idealistyczne mrzonki. W pewnych sytuacjach każdy musi opowiedzieć się po którejś ze stron, nie można wciąż mówić o pokoju, gdy przemoc bezlitośnie wchodzi z butami w twoje życie obojętna na twój system wartości. Apoteoza niskich instynktów? Bynajmniej - to po prostu ponura, ale niezwykle prawdziwa refleksja na 
temat ludzkiej natury, od której nie ma ucieczki. 


Po latach "Nędzne psy" nie szokują już tak bardzo, ale i tak wrażenia po seansie są wyjątkowo silne i trudno wyrzucić ten obraz z pamięci. Wraz z upływem czasu wręcz nabiera na wartości i pomimo ponad 35 lat od premiery wcale się nie starzeje i wciąż jest aktualny. To dowód na niezwykły talent Peckinpaha, ale pochwały należą się również autorom zdjęć i montażu (wystarczy wspomnieć scenę przyjęcia w miejscowym kościele, kiedy to pośród panującego zgiełku do Amy powracają obrazy dokonanego na niej gwałtu) oraz aktorom. Bez kreacji Hoffmana, odtwarzającej rolę jego żony Susan George, czy niezwykle sugestywnych prowincjonalnych zbirów, ten obraz nie byłby tym samym. Jednym słowem - klasyka. 


Najcięższa próba




Broken (2006)
dir. Simon Boyes, Adam Mason



Samotnie wychowująca córkę Hope (Nadja Brand) pewnego dnia, zamiast w swoim łóżku, budzi się zakopana żywcem w trumnie w środku lasu. Kiedy udaje jej się wydostać, nieznany napastnik ogłusza ją, po czym kobieta ponownie budzi się - tym razem na chybotliwym pniu, z pętlą na szyi. Każdy nieuważny ruch grozi śmiercią, a jedyną szansą ratunku jest zaszyta w brzuchu Hope żyletka. Dzięki niej udaje się jej oswobodzić, lecz wtedy pojawia się jej tajemniczy prześladowca, który umieścił ją w tym miejscu. Mężczyzna opatruje wycieńczoną kobietę, która od tego czasu ma stać się jego niewolnicą. Porywacz bowiem jest pustelnikiem mieszkającym w szałasie w lesie, a Hope ma dla niego wykonywać prace. Bohaterka szybko odkrywa, że wszelkie próby ucieczki są daremne, ale kiedy stanie się dla niej jasne, że jej córka zginęła z rąk jej prześladowcy, będzie żyła tylko i wyłącznie pragnieniem zemsty.


Obraz Adama Masona i Simona Boyesa to przedstawiciel podgatunku określanego mianem "survival horroru". Co prawda z klasycznym kinem grozy film ten ma niewiele wspólnego - to prędzej thriller, ale "Broken" odbiło się szerokim echem w kręgach miłośników horroru, a to głównie z powodu licznych, naturalistycznie ukazanych, scen przemocy w stylu gore. Należy ostrzec, że co wrażliwsi widzowie mogą mieć problemy z przebrnięciem przez cały seans - są tu zarówno flaki, jak i otwarte złamanie nogi czy też roztrzaskiwanie czaszki. Amatorzy mocnych wrażeń powinni być usatysfakcjonowani, bo efekty prezentują się nad wyraz autentycznie i nie budzą od strony wykonania technicznego żadnych zastrzeżeń. Co się tyczy fabuły, to jest ona intrygująca i wciągająca, twórcy przygotowali dla widza kilka ciekawych zwrotów akcji i całkiem udanie kreują napięcie. Szkoda tylko, że w środku filmu kilkakrotnie ono siada, gdyż akcja bywa miejscami nazbyt rozwleczona. Widać, że scenarzystom zależało na możliwie jak najlepszym i najwiarygodniejszym oddaniu relacji pomiędzy katem i ofiarą (który to zresztą podział ról nie jest tu tak oczywisty, jak się wydaje na pierwszy rzut oka), ale niestety odbija się to też częściowo na dramaturgii obrazu.

Moje wrażenia po seansie były pozytywne - jak na kino nisko budżetowe jest to nad wyraz przyzwoita robota - film zaskakuje i daje do myślenia. Strona techniczna - nie tylko sceny gore - nie budzi żadnych większych zastrzeżeń, a aktorstwo jest nadspodziewanie dobre (a należy zaznaczyć, że całość opiera się głównie na psychologicznej rozgrywce pomiędzy dwójką antagonistów). Pomimo tego muszę się przyznać do uczucia niedosytu. "Broken" nie przyniosło mi pełnej satysfakcji jako całość. Powodem takiego stanu rzeczy są zapewne przestoje pośrodku filmu, ale też finał - niby zaskakujący i robiący mocne wrażenie, a jednak jakby nieco niekompletny. Zabrakło mi przede wszystkim bardziej rozbudowanej rozgrywki pomiędzy bohaterami, poza tym oczekiwałem nieco odmiennego zakończenia. To tyle co do mankamentów - jak widać, film Masona i Boyesa budzi nieco zastrzeżeń, ale i tak wart jest polecenia. Na pewno zostaje w głowie przez jakiś czas po seansie, a miłośnicy gore powinni zobaczyć, że również w brytyjskim kinie w obecnych czasach dzieje się coś ciekawego w tej tematyce.

wtorek, 20 marca 2012

Kręcimy pornola




Zivot i smrt porno bande (2009)
dir. Mladen Djordjevic



Absolwent szkoły filmowej Marko (Mihajlo Jovanovic) przymierza się do nakręcenia pierwszej długometrażowej fabuły. Jako że początki z reguły nie są łatwe, Marko podejmuje się współpracy z twórcą produkcji o charakterze pornograficznym, jednak szybko popada w konflikt ze swym mocodawcą. Kolejnym pomysłem młodego zapaleńca jest założenie porno-kabaretu, który spotyka się ze sporym odzewem, ale jego działalność na terenie Belgradu zostaje zablokowana przez służby policyjne. Wraz z zebranymi przez siebie aktorami Marko decyduje się ruszyć w tournée po kraju. Po jednym z występów danych w małej wiosce trupa poznaje pochodzącego z Niemiec dziennikarza imieniem Franc, który podsuwa Markowi pomysł rejestrowania kamerą na jego zlecenie scen przedstawiających prawdziwe morderstwa... 



"The Life and Death of a Porno Gang" ujrzał światło dzienne mniej więcej w tym samym czasie, co budzący duże kontrowersje "Srpski film". Oba obrazy łączy nie tylko kraj pochodzenia, ale i bardzo podobna tematyka oraz skłonność do epatowania widza okrutnymi obrazami. Mimo tego to właśnie drugi z wymienionych filmów ściągnął na siebie największe gromy (ostro wzięli się za niego m.in. brytyjscy cenzorzy) i odsądzany jest od czci i wiary wszędzie, gdzie się pojawi. Dzieło Mladena Djordjevica przeszło niejako w jego cieniu, niesłusznie zresztą. Przede wszystkim "Zivot i smrt porno bande" jest pozycją dojrzalszą od swego pobratymca, a co za tym idzie - trudniejszą w odbiorze. Reżyser nie ukrywa, że oprócz szokowania jego twór ma także inne zadanie: chodzi tu o dokonanie swego rodzaju diagnozy "choroby" własnej ojczyzny. Obraz Serbii, jaki wyłania się z tej opowieści, jest dalece pesymistyczny, dominuje brud i wszechobecna beznadzieja. "Aktorami" do snuff movies kręconych przez Marko są ochotnicy, ludzie wyzuci ze złudzeń, którzy decydują się na ograbiającą ich z wszelkiej intymności śmierć przed obiektywem.

Z pewnością "Zivot..." nie osiąga ekstremalnego poziomu dosłowności i drastyczności "Srpskiego filmu", stąd może i (nie)sława mniejsza. Paradoksalnie jednak seans jest doświadczeniem jeszcze bardziej nieprzyjemnym. Przede wszystkim nie ma tu specjalnie miejsca na hollywoodzkie klisze, rzecz jest "niewygładzona", że tak to ujmę. To ponura ballada czerpiąca co prawda wzorce z typowo amerykańskiego gatunku, jakim jest kino drogi, ale do cna przesiąknięta bałkańską specyfiką i mentalnością. Spustoszenie duchowo-moralne, jakie widz napotyka w tym obrazie na każdym kroku, czyni go dwukrotnie bardziej przerażającym niż film Srdjana Spasojevića. Nihilistyczna wymowa całości wystarcza za hektolitry krwi, które zaoszczędzono przy kręceniu.

Pełnometrażowy debiut Djordjevica to dowód na to, że intensywne, angażujące i poruszające jednocześnie kino można kręcić za niewielkie pieniądze. Że z otaczającej brzydoty i nijakości da się wycisnąć mocne uderzenie. Patrząc na serbskie wioski, miałem przed oczami polskie byłe pegeery, z wyglądu równie szare i obskurne. Widząc Belgrad, można było dostrzec udającą nowoczesność i "europejskość" Warszawę. Porno banda Marko równie dobrze mogłaby rozwinąć swe podwoje w kraju nad Wisłą. Tylko że w Rzeczpospolitej Polskiej nikt nie zdecydowałby się na nakręcenie tak odważnego obrazu, jak omawiany tytuł. Więc może nie jest aż tak źle? Albo wręcz przeciwnie - jest bardzo źle. Zwłaszcza dla kinematografii. 

Prodotto d' Italia



 Quella villa accanto al cimitero (1981)
 dir. Lucio Fulci


Włoch Lucio Fulci często określany bywa mianem "ojca chrzestnego gore" i zapewne jest w tym wiele racji. Ten jakże płodny twórca do dziś posiada licznych miłośników swego kina, którzy cenią jego umiejętność kreowania sugestywnego klimatu i specyficzną atmosferę jego dzieł. "Dom przy cmentarzu" zaliczany jest przez fanów do jego największych osiągnięć i pochodzi z najlepszego okresu w jego twórczości.

Jest to historia doktora Normana Boyle'a, który wraz z żoną i synkiem wyjeżdża z Nowego Jorku do tytułowej posiadłości pod Bostonem, aby dokończyć badania swego kolegi po fachu, który w niewyjaśnionych okolicznościach popełnił samobójstwo. Szybko staje się jasne, że domostwo kryje jakąś mroczną tajemnicę, do której kluczem może być szczelnie zamknięta piwnica. Wkrótce dochodzi do dziwnych wydarzeń, a Norman postanawia odkryć, co tak naprawdę wydarzyło się na terenie posiadłości. Tymczasem jego rodzina znajduje się w coraz większym niebezpieczeństwie.

Jeżeli mam być zupełnie szczery, to po tych wszystkich pochlebnych opiniach zawiodłem się na tym obrazie. Bynajmniej nie jest to film grozy na miarę choćby "Beyond" czy "Zombie 2". Co prawda tamte filmy również nie były wolne od mankamentów, ale udanie straszyły i charakteryzowały się właśnie tym specyficznym klimatem, który przyciąga do pozycji, które wyszły spod ręki Fulciego. Tutaj niestety nie znalazłem tego, za to reżyser serwuje widzom długie i nużące wprowadzenie, które drażni swym schematyzmem. Rozwiązanie zagadki zdecydowanie zbyt szybko staje się jasne, a tych kilka scen gore (zresztą mocno już postarzałych) bynajmniej sytuacji nie ratuje. Liczyłem na jakieś ciarki na plecach, a pojawiło się jedynie ziewanie. Do tego dochodzą raczej nie najwyższych lotów dialogi, kiepskie aktorstwo, luki w logice i kopiowanie pomysłów z innych obrazów (choćby motyw z przestrogami, które otrzymuje od swej "wyimaginowanej" koleżanki syn Boyle'ów jako żywo przywodzi na myśl jakże podobny chwyt z wcześniejszego o rok arcydzieła Kubricka "Lśnienie" i książki Kinga pod tym samym tytułem). Wszystko to razem sprawia, że czuję się głęboko nieusatysfakcjonowany tym seansem. Na szczęście film od kompletnej porażki ratuje dobrze rozegrana, emocjonująca końcówka, która dowodzi mimo wszystko reżyserskich umiejętności twórcy "Cat In The Brain" w kwestii budowania napięcia i wbijania widza w fotel. Dla tych ostatnich kilkunastu minut warto sięgnąć po tą pozycję - oczywiście, jeśli lubi się tego typu kino.

"Dom przy cmentarzu" jak już wspomniałem, okazał się dla mnie zawodem - zdecydowanie liczyłem na więcej, również w od strony elementów gore. Pomimo tego nie chcę być zbyt surowy w ocenie, mając na względzie wiek tego dzieła i wspomniany finał, który dostarcza nieco rozrywki dla fanów grozy. Ci, którzy preferują nowsze horrory i nie przepadają za dłużyznami, śmiało mogą sobie odpuścić oglądanie. Reszta niech sama oceni. A dla miłośników Fulciego to i tak pozycja obowiązkowa.

piątek, 16 marca 2012

(Nie) Bój się Boga



Begotten (1990)
dir. Elias Merhige


"Bóg umarł!" - taką oto nowinę swego czasu obwieścił światu w swym dziele "Wiedza radosna" wybitny niemiecki filozof Friedrich Nietzsche. Wiek później amerykański reżyser Edmund Elias Merhige potraktował to twierdzenie jak najbardziej dosłownie, kręcąc eksperymentalny obraz pod tytułem "Begotten". Każdy, kto choć natknął się na nazwę tego obrazu musiał zapewne słyszeć o jego najbardziej istotnym, a może też najbardziej kontrowersyjnym założeniu, zgodnie z którym na samym wstępie widzom zaserwowana zostaje długa sekwencja, w której Bóg popełnia samobójstwo przy użyciu brzytwy. Tym, którzy nie zapoznali się jeszcze z tą jakże intrygującą pozycją spieszę wyjaśnić, iż idę tropem tych wszystkich, którzy po obejrzeniu dzieła Merhige'a wyjawiają jego dosyć ważny sekret, choć robić tego zapewne nie powinni. Cały szkopuł bowiem tkwi w tym, że przyszły twórca "Cienia wampira" tożsamość samobójcy zdradza dopiero w trakcie napisów końcowych. Cóż, zabieg dość ryzykowny, ale sądzę, że nie należy przeceniać jego znaczenia. Skupmy się więc na bardziej istotnej kwestii, a mianowicie na tym, co seans "Begotten" ze sobą niesie?

 

Otóż to - film Merhige'a dzieli widzów na dwa skrajne obozy. Jeden z nich twierdzi właśnie, że osławione "Begotten" nie niesie ze sobą kompletnie nic i nie jest niczym więcej jak pretensjonalnym, pseudoartystycznym bełkotem. Drugi zaś rozpływa się w zachwytach, uznając omawianą pozycję za arcydzieło. Zdania plasujące się pośrodku są chyba równie rzadkim zjawiskiem jak Murzyni w szeregach Ku- Klux- Klanu. Szczerze mówiąc - w niniejszej recenzji nie chce mi się i też nie mam zamiaru rozstrzygać, która ze stron ma rację. Moją intencją jest jedynie wyrażenie własnej opinii, nie uzurpując sobie prawa do jedynie słusznych osądów. Stąd też, aby więcej nie owijać w bawełnę, przyznam, że należę do tych, których "Begotten" olśniło i zauroczyło. Poetycki, przepełniony niesamowitością nastrój tego obrazu wprowadził mnie w stan swoistej hipnozy. Malkontenci powiedzą, że przefiltrowane zdjęcia czynią obraz nieczytelnym, a drażniące ucho dźwięki jedynie pogłębiają utrudniony odbiór. Jak dla mnie jednak strona wizualna tego dzieła to chyba jego największy atut. Wprowadza niesamowitą atmosferę - nawet jeśli na ekranie czasem trudno dostrzec szczegóły, sprawia to jedynie, że pojawia się coś w rodzaju emocjonującego niedopowiedzenia, obcowania z czymś niedostępnym, pełnym tajemniczości.

Pojawia się jeszcze kolejne pytanie - czy ta niezwykła forma skrywa coś więcej pod swoją powierzchnią czy też Merhige jedynie sprytnie sugeruje głębsze znaczenia, których tu tak naprawdę nie ma. Nie będę ukrywał, że "Begotten" to pozycja niezwykle trudna, także w warstwie interpretacyjnej. Twórca nie daje widzowi nachalnych wskazówek. Można całość odczytać jako wariację na temat genezy ludzkości - wspomniany motyw samobójstwa Boga, syn człowieczy, itd. W gruncie rzeczy odwołania nasuwają się same, ale mimo tego trudno pokusić się o jednoznaczną wersję interpretacji, powiedzieć z całą pewnością "co autor miał na myśli". Moim zdaniem jest to zresztą plus tej produkcji, gdyż tym samym skłania do myślenia, wyłapywania sensów. Odsłaniania ukrytych znaczeń nie ułatwia bynajmniej fakt, iż jest to film niemy, w trakcie którego nie pada ani jedno słowo. Jedyną wskazówką mogą być pojawiające się na samym początku zdania na czarnej planszy, a pośród nich to najbardziej według mnie kluczowe: "Life is flesh on bones convulsing above the ground".

W takim razie czy "Begotten" to jedynie pusta w środku zabawa formą? Pomysł na etiudę bezsensownie rozciągnięty do ram pełnometrażowego projektu? Mogę w tym momencie odpowiedzieć jedynie za siebie, bo każdy sądzę, że będzie miał inne zdanie co do tych zagadnień. Jest to dzieło ze wszech miar frapujące i fascynujące, a Merhige osiągnął na pewno ogromny sukces, bowiem stworzył film, który wywołuje skrajne opinie i ciągle jest obiektem ożywionych dyskusji. Gorąco polecam, mając jednakowoż świadomość, iż nie każdemu to egzotyczne danie przypadnie do gustu. Nikogo za to nie pozostawi obojętnym. A to chyba najważniejsze. W końcu mawia się, iż nie ma nic gorszego niż przeciętność, czyż nie?